Zasiadałam w ławie przysięgłych

Ciekawostki Wszystkie

Jestem obywatelką od półtora roku i już zostałam zaszczycona obowiązkiem zasiadania w ławie przysięgłych. Niektórzy tego unikają, wykręcają się, a ja chciałam tego doświadczyć. Powiem Wam jedno, naprawdę warto!

Zaczyna się od pisma znalezionego w skrzynce, które informuje, że “You have been selected to serve on Jury Duty”, czyli “zostałeś wybrany do wypełnienia obowiązku ławy przysięgłych”. Niektórzy myślą (i szczerze my tak też na początku myśleliśmy), że już samo to pismo oznacza, że będziemy zasiadać na ławie przysięgłych. Ale to tak nie jest.

Pismo to oznacza, że musimy się stawić w podanym dniu w podane miejsce. Ja musiałam się stawić w budynku sądu w Sarasocie. Są oczywiście różne okoliczności, które mogą nas kwalifikować do zwolnienia z tego obowiązku. O tym wszystkim jesteśmy poinformowani na otrzymanym piśmie oraz instrukcjach na odpowiednich stronach internetowych. Do pisma dołączony jest również specjalny permit uprawniający do parkowania w okolicznym garażu.

Wszyscy, którzy się stawili w danym dniu, zostali poproszeni o wypełnienie specjalnych kwestionariuszy. Można było to zrobić już wcześniej w domu. Na kwestionariuszu wypełnia się m.in. dane o aktualnej i poprzedniej pracy, informacje o tym, co czytamy itp. 

Póżniej zostaliśmy poproszeni o zajęcie miejsc na sali. Było tam kilkadziesiąt osób. Usiedliśmy grzecznie i czekaliśmy na dalsze instrukcje. Były przemówienia, jacy jesteśmy ważni, że przyszliśmy mimo tego, że to normalny dzień pracy itp. Potem puszczono nam filmik o tym jak wygląda procedura itp.

Po jakimś czasie wyczytywano po kolei nazwiska i proszono nas w odpowiedniej kolejności już na salę rozpraw. Ważne było, żebyśmy usiedli w odpowiednich miejscach. Zarówno oskarżyciel jak i prawnik oskarżonego mieli kartki z dokładnym zaznaczeniem kto gdzie siedzi. Dzięki temu wiedzieli kto jest kim.

Zaczęło się oczywiście od przemówienia sędziego, i znowu, że dziękuje, że tu jesteśmy, że jesteśmy bardzo ważni dla systemu sądowego Stanów Zjednoczonych itd. Na początku sędzia zadał trochę pytań potencjalnym ławnikom. Akurat był to poniedziałek i powiedział, że rozprawa będzie 1-dniowa i odbędzie się w środę. W związku z czym zapytał, czy ktoś w środę ma w planach coś, co utrudni mu uczestnictwo w rozprawie. Zadawał jeszcze inne pytania, na podstawie których osoby reprezentujące dwie strony mogły wykluczyć konkretne osoby. Wydaje mi się, że w sumie było ok. 40 osób, mogę się trochę mylić. Dwie strony zadawały przeróżne pytania, głównie takie, które pomogły im w wyborze odpowiednich ławników. Pod koniec poproszono nas o wyjście z sali i poczekanie na podjęcie decyzji. Po powrocie wyczytano 6 osób, które zostały wybrane, w tym mnie. 

Procedura poniedziałkowa odbywała się do południa. Wiem, że nie przy każdej sprawie trwa to tak szybko. Mój mąż również dostał wezwanie na wybór ławników w tym roku i u niego procedura ta trwała dłużej. Sprawa też była bardziej poważna. (Niestety mój mąż nie został wybrany na ławnika, czego bardzo żałował).

Ja od zawsze chciałam w czymś takim uczestniczyć, dlatego ucieszyłam się, szczególnie, że rozprawa miała potrwać tylko jeden dzień. Gdyby była dłuższa, bałabym się o swoją pracę, która wymaga ode mnie sporego zaangażowania w to co robię. Dlatego ułożyło się idealnie. 

Każdy z wybranych ławników dostał specjalny pin z napisem JUROR. Pin ten mieliśmy założyć w środę. Miał on być naszym oznaczeniem, przez co wszyscy w budynku wiedzieli, że jesteśmy ławnikami i nie mogli z nami rozmawiać. 

W środę udałam się o wyznaczonej godzinie w wyznaczone miejsce w budynku sądu. Zebrali się tam wszyscy ławnicy. Okazało się , że było nas 7 osób. Ale o tym później…

Szeryf poprowadził nas “bocznymi” drogami tak, żeby nikt z nami nie rozmawiał. Wjechaliśmy windą na jedno z wyższych piętr budynku. Zaprowadził nas do pokoiku, czyli naszej “bazy wypadowej”. W pokoju był duży stół, woda, kubeczki, chusteczki, żel dezynfekujący, dwie łazienki (osobna dla kobiet i osobna dla mężczyzn). Kazano nam tam czekać, aż nas zawołają. Po niedługim czasie szeryf wezwał nas na salę rozpraw (tę samą, w której byliśmy w poniedziałek, ale wchodziliśmy z drugiej strony, tym razem na miejsca dla ławników). Sala była tuż przy naszej “bazie”. Wchodząc na salę wszyscy wstawali aż sędzia powiedział, że możemy usiąść. Jak zwykle kolejna przemowa, podziękowania dla nas, zasady itp. 

Tak naprawdę cała rozprawa odbywała się tak jak widzicie to w filmach. Zresztą cały proces taki był. Bardzo podniosły, wszyscy podchodzili do sprawy bardzo poważnie, przestrzegane były wszystkie procedury. Były przemowy początkowe, przesłuchiwanie świadków, przemowy końcowe. Nie chcę rozpisywać się o sprawie. Była to łatwa sprawa o jazdę pod wpływem alkoholu i rozprawa skończyła się tego samego dnia po południu. Było dużo przerw podczas których odsyłani byliśmy do naszego pokoju. Często prawnik oskarżonego i prawniczki oskarżyciela podchodzili do sędziego (wcześniej pytając o zgodę). W tych momentach szeryf wstawał, podchodził do nas, a sędzia włączał “szum”, żebyśmy nie mogli usłyszeć o czym rozmawiają. W czasie trwania rozprawy nie mogliśmy o niej rozmawiać nie tylko między sobą, ale też nie mogliśmy o niej mówić/pisać innym.

Mieliśmy również jedną dłuższą przerwę na lunch. Udaliśmy się razem do restauracji, ale nie mogliśmy również wtedy rozmawiać o sprawie. 

Po powrocie z lunchu, nastąpiła kontynuacja zeznań świadków oraz końcowe przemowy. Każda ze stron starała się nas przekonać do swojej racji. 

Po końcowych przemowach, sędzia przekazał nam instrukcje, co dalej powinniśmy zrobić. Instrukcje zostały również przekazane nam na kartce. W tym miejscu poinformował nas również, dlaczego jest 7 osób zamiast 6. Czasami w trakcie sprawy sądowej “znikała” mu jedna osoba, dlatego postanowił brać na cały dzień 6 osób + jedną zapasową. W tym momencie miał powiedzieć nam, kto jest tą zapasową i odesłać ją do domu. Przestraszyłam się, że będę to ja! Nie chciałam zostać odesłana do domu chyba przed najciekawszą częścią całego procesu. Udało się, to nie byłam ja, chociaż szkoda mi było odesłanej osoby.

Zostaliśmy ponownie odesłani do naszej bazy, zabrano nam komórki/komputery/laptopy i zaczęły się dyskusje. W końcu po całym dniu mogliśmy powiedzieć sobie wzajemnie co myślimy o tym wszystkim. Byliśmy praktycznie jednogłośni jeśli chodzi o werdykt, dlatego nasze rozmowy skończyły się dosyć szybko. Wróciliśmy na salę i przekazaliśmy naszą decyzję sędziemu. Po ogłoszeniu werdyktu nasza rola sie skończyła, znowu sędzia nam dziękował za nasz czas i szeryf wyprowadził nas z sali. Szkoda, bo ciekawa byłam wyroku.

Po kilku dniach otrzymałam pocztą podziękowanie od sędziego oraz certyfikat zaświadczający, że byłam w ławie przysięgłych. Po jakimś czasie dostałam też czek na $30, bo tyle należało mi się za dwa dni mojej posługi. 

Niesamowite jest to, że jak potem rozmawiałam z Amerykanami, to mówili “zawsze chciałem wziąć w tym udział”, “ale super, mnie nigdy nie wybrali”. Tym bardziej się cieszę, że mi się udało. 

Tagged
Karolina Moscicki
Mieszkam od 2014 roku w Sarasocie z moim mężem i synem. Jeśli macie pytania odnośnie życia na Florydzie, zachęcam do kontaktu na kierunekfloryda.com/kontakt. Z chęcią pomogę również przy zakupie/sprzedaży/wynajmie domu/mieszkania/biura. Zapraszam do kontaktu :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.