Nasza pierwsza wizyta na Ostrym Dyżurze

Opieka zdrowotna Wszystkie

W ostatnią sobotę po raz pierwszy w życiu odwiedziliśmy Ostry Dyżur. W szpitalu spędziliśmy ponad cztery godziny. Zachęcamy do zapoznania się z przebiegiem tej wizyty.

Emergency Patient Entrance

Nasz syn miał od nocy z piątku na sobotę bardzo wysoką gorączkę i praktycznie przez całą sobotę nie udało nam się jej zbić lekami przeciwgorączkowymi, dlatego postanowiliśmy, że nie będziemy czekać do niedzieli i pojechaliśmy wieczorem na ostry dyżur do szpitala Doctors Hospital w Sarasocie.

Wcześniej zasięgnęłam opinii, gdzie najlepiej jechać i koleżanka poradziła mi właśnie ten szpital. Dodatkowo sprawdzaliśmy w Internecie na stronie głównej szpitala, gdzie zawsze zamieszczony jest przeciętny czas oczekiwania w kolejce na ostrym dyżurze. W drodze do szpitala cały czas pokazywało ok. 11 minut. Niestety liczba ta była bardzo przekłamana.

Zaraz po przyjeździe podeszła do nas miła pani, która dała nam naklejki upoważniające nas do wejścia na oddział, zebrała podstawowe dane i kazała czekać. No to czekaliśmy. Po jakimś czasie (może po godzinie) miły pan poprosił nas do małego pokoiku, gdzie zebrał kolejne informacje: waga, wzrost, czy ktoś w rodzinie choruje, czy podróżowaliśmy ostatnio poza stanem itp. Zmierzył też naszemu synowi gorączkę, która na szczęście trochę spadła, założył mu specjalną opaskę na rękę z danymi i kazał nam wrócić na poczekalnię i czekać.

Po jakimś czasie (może po pół godzinie) zawołała nas pielęgniarka, znowu do tego samego pokoiku i zebrała więcej informacji. I znowu kazała czekać.

Mieliśmy już dość, bo minęły dwie godziny czekania, nasz syn już nie dawał rady. Mąż co chwilę podchodził i się pytał, ile to jeszcze potrwa. Przepraszali, tłumaczyli się, że mają wyjątkowo pracowity wieczór i jest tylko jeden lekarz do dyspozycji. No tak, sobota wieczór, komu się chce wtedy pracować… Poza tym rzeczywiście na poczekalni siedziało trochę osób i z tego co zauważyliśmy wpuszczane były na oddział w kolejności przybycia.

W końcu naszemu synowi ze zmęczenia zaczęły dosłownie lecieć łzy i kolejny raz zaczepiliśmy pracowniczkę szpitala, czy jeszcze będziemy długo czekać. Ona jak go zobaczyła, poszła na oddział, wróciła może po 2 minutach i powiedziała, że zaraz nas wezwą.

I rzeczywiście tak było. Kolejna miła pani nas zawołała i powiedziała, że jeśli pokój dla nas nie jest posprzątany, to ona sama go posprząta, żeby to przyspieszyć. Pokój był gotowy, gdzie w końcu nasz syn mógł położyć się na wygodnym łóżku, miękkiej poduszce, włączyć sobie telewizor i obejrzeć mecz koszykówki. :)

Od razu wykonali mu wymaz z gardła i po chwili wrócili z informacją, że ma grypę. Osłuchali go, dostał lek przeciwgorączkowy i wkładali mu jeszcze jakieś patyczki do nosa, co go bardzo łaskotało. Niestety nie zrozumieliśmy, czemu to miało służyć… ;)

Co chwilę przychodził ktoś inny, w sumie nasz pokój odwiedziły chyba ze cztery różne osoby, trzy pielęgniarki i na koniec przyszedł lekarz. Oczywiście musieliśmy kupić antybiotyk no i robić wszystko, żebyśmy nie zarazili się grypą. Nasz syn najbardziej był zmartwiony tym, że minimum do środy będzie musiał siedzieć w domu. To tak naprawdę pierwszy raz, kiedy w USA opuszcza jakąkolwiek godzinę lekcji. ;)

Po ponad czterech godzinach z całym opisem choroby syna, czyli grypy, opuściliśmy szpital i udaliśmy się do apteki całodobowej, która znajdowała się tuż po drugiej stronie ulicy. Wiedzieliśmy, że akurat ta apteka nie ma umowy z naszym ubezpieczycielem, ale stwierdziliśmy, że przecież lek na grypę nie może być drogi.

Przeżyliśmy chyba największy szok od przyjazdu do USA. :) Lek przeciwwirusowy na grypę, w sumie dwie buteleczki Tamiflu: 350$!!! Pracownik apteki pokazał nam wycenę, także nie, nie przesłyszeliśmy się. Na kartce naprawdę zobaczyliśmy taką kwotę. Zapytaliśmy się, czy wie, ile zapłacimy jeśli pojedziemy do apteki, która ma umowę z naszym ubezpieczycielem. Odpowiedział, że może 30-50$. 350 czy 50? Co tu zrobić? ;) Nasz syn po dawkach jakie dostał w szpitalu czuł się już lepiej, dlatego stwierdziliśmy, że poczekamy do niedzieli (w sumie tak naprawdę zostało 11 godzin) i pójdziemy do apteki koło nas.

Tak też zrobiliśmy, za lek z ubezpieczeniem zapłaciliśmy 40$.

Nasz syn już czuje się lepiej, w końcu taki drogi lek powinien działać błyskawicznie! ;)

Nie będziemy się zrażać do szpitala Doctors Hospital. Mimo że czekaliśmy długo na poczekalni, to opieka była naprawdę w porządku, a wiemy z opowiadań innych, że to dobry szpital. Po prostu trafiliśmy w najgorszy dzień i porę…

Ciekawi jesteśmy jeszcze czy nie dostaniemy rachunku za tę opiekę. Nie możemy się doczytać do końca w naszych dokumentach od ubezpieczyciela, czy będzie to potraktowane jako pobyt na ostrym dyżurze, czy usługi lekarza na ostrym dyżurze. Jak dostaniemy rachunek, na pewno o tym napiszemy. :)

 

Tagged
Karolina Moscicka
Mieszkam od ponad 6 lat w Sarasocie z moim mężem i 14-letnim synem. Jeśli macie pytania odnośnie życia na Florydzie, zachęcam do kontaktu na kierunekfloryda.com/kontakt. Z chęcią pomogę również przy zakupie/sprzedaży/wynajmie domu/mieszkania/biura. Zapraszam do kontaktu :)

6 komentarze do “Nasza pierwsza wizyta na Ostrym Dyżurze

    1. Nie. Dostaliśmy ankietę, gdzie dokładnie wszystko opisaliśmy, w tym również to, że nie zostaliśmy poinformowani o kosztach (było takie pytanie). Do tej pory żadnego rachunku nam nie przysłali.

  1. Patrycja – dzięki za komentarz. Jesteś już drugą osobą, która nam zwraca uwagę na ten antybiotyk. :) Już to poprawiliśmy.

    Tomek – szybkiego powrotu do zdrowia!

  2. To samo u nas – antybiotyk na zapalenie gardla. Z ubezpieczeniem zaplacilem $23 zamiast $140. Za $2 dodatkowo moglem dostac smak truskawowy :)

  3. Tamiflu w Polsce też tani nie jest. Kosztuje ponad 250 zł za 10 tabletek… :(

    A tak przy okazji – Tamiflu to nie antybiotyk. To lek przeciwwirusowy działający na grypę.

  4. O dżizas, nawet te 40 dolców to dużo za lek na grypę. A w Polsce narzekają, że leki drogie… A 350?? Szaleństwo :) Oby jak najmniej chorować… Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.